Przestałam tolerować
Ciszę
Inne głosy mają prawo
Jak dwa bieguny
Kilka źródeł dźwięku
To zbawienie
Tłamsi moje myśli
Nie pozwala
Wziąć spraw
Dokonać analiz
Ale cisza to zagrożenie
Władza umysłu
Czas na propagandę
Przestałam tolerować
Ciszę
Inne głosy mają prawo
Jak dwa bieguny
Kilka źródeł dźwięku
To zbawienie
Tłamsi moje myśli
Nie pozwala
Wziąć spraw
Dokonać analiz
Ale cisza to zagrożenie
Władza umysłu
Czas na propagandę
Uchwyt dłoni
Kościaste ręce
Powszechność
Ale ból
Jak ciemność trawiąca wnętrzności
Wyjątkowość
Zawsze inna
Nietypowa
Pełna sprzeczności i wspólnoty
Blizna
Utrzymująca się na sercu
Statyczność
Która znika w nocy
Ma kolory zmierzchu i krwi
Atakuje znienacka
I nigdy nie opuszcza
Kostucha towarzyszki
Silnie łapiąca za ramię
Utrzymująca na życiu
By popaść w ruinę i
Wieczny sen
Podążam na oślep
Przed siebie
Klucze na niebie
Tylko one mogą wskazać mi drogę
Biegnę przeciwnie
Z dala od mroku
Od poplątanych dróg
Uciekam przed ciemnością
Oddalam się od ciszy
Głuchoty
Serce me ściska
Brak
Atramentowych dłoni
Te oczy rozbiegane i chytre
Usta rozciągnięte w grymasach
Skupienie, które daje nadzieję
Potok słów zalewający powierzchnie
Ciche śmiechy gdzieś z tyłu
Ta pewność z brakiem argumentów
Wnikliwe spojrzenie zbolałej duszy
Uśmiech przyklejony
Oczy smutne
Ciekawość
Otulająca jak zimowym szalem
Wyzwanie jako mantra
Łapiąca w swe odmęty
I dwa słowa jak tama
„Proszę pani”
Jeśli masz problem do zawsze przyjdziesz do mnie Jeśli jest okej To zostaje gdzieś w tyle